poniedziałek, 23 lipca 2012

62 {Mamusiowo}

Musicie mi wybaczyć, że dzisiaj znowu mniej fotograficznie, a bardziej refleksyjnie i życiowo. Wszak jednak tak samo jak fotografem - jestem mamą. I te dwie role nie mogą bez siebie istnieć. Przynajmniej u mnie...





Bo cała przygoda z aparatem zaczęła się od przygody zwanej macierzyństwem. Bo człowiek patrzy na te piąstki różowe, usteczka jak serduszka, powieki zamknięte i senne, pod którymi widać przeplata się milion myśli... Patrzy i wie, że to zaraz minie. Już za chwilkę, jak ze snu, przetrzemy oczy ze zdziwienia, że oto mała istotka już chodzi. Już mówi. Już puszcza bańki mydlane. Włosy obcięła samodzielnie (na jeża, bo jak coś robić to porządnie!)... Czas mija nie pytając nas o zgodę...

Fotografia okazała się być dla mnie magicznym lekarstwem na to przemijanie. Daje mi patent na wzruszenia i wspomnienia (bo pamięć mam okropną)...

Więc bez macierzyństwa nie byłoby fotografii...
I bez macierzyństwa nie miałabym chyba tego morza cierpliwości, która często tak zadziwia moich klientów... Że dzieci utulę, pocieszę, biedronkę w trawie znajdziemy, ślimaki gruszkami nakarmimy... Bo wspomnienia i wzruszenia nie mogą powstawać w pośpiechu...